Dzień 20

„ZAGINIONA – DZIEŃ PO DNIU…”

Kolejny dzień, o dziwo śpię jak zabita, budzi mnie dopiero telefon z recepcji. Standardowa pobudka na śniadanie, teraz w małej panice wszystko pakuję i biegiem na śniadanie.

Czuje się strasznie, totalna porażka, niczego nie ustaliłam, a przecież byłam tak blisko. Teraz już nie wiem czy moja córka wie o mojej walce o nią czy nie, czy jest w to w jakiś sposób zamieszana i świadoma konsekwencji takiej sytuacji.

Mam nadzieję, że gdyby wiedziała o narażaniu matki to dałaby znać, próbowałaby się jakoś skontaktować czy chociaż wysłać wiarygodna informację.

Trudno muszę wytrzymać, nie mam innej możliwości powrotu do kraju jak ze wszystkimi, zwłaszcza teraz pod koniec wycieczki nie ma sensu kombinować.

Muszę dać radę, może uda mi się trochę wypocząć, Wrócę do Polski i wszystko zacznie się od nowa.

Robimy przystanek przy jeziorze Galilejskim, tutaj będzie również nocleg. Widzę na schodach Józka…co on tu robi, juz mnie przepraszała, więc nie ma sensu więcej rozmawiać.

Dam mu do zrozumienia, że nie mamy o czy mówić. Rozumiem go, zdaję sobie sprawę z możliwości konsekwencji dla niego gdyby zaczął zbyt mocno zabiegać w temacie Hani.

Zobaczył mnie i bez ceregieli szepnął : „Hania jest w Jordanii, pomogę Ci przekroczyć granicę…oczywiście jeżeli chcesz spróbować ją odnaleźć?” Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem, nie wiedziałam już czy mogę mu następny raz zaufać. Przecież znowu może mnie zostawić bez pomocy, ale jak to prawda, jak Hani jest w Państwie obok?

Postanowiłam wysłuchać Józka. Powiedział, że dostał pewna wiadomość od znajomego, który pracuje dla Mosadu, że Hania obecnie przebywa w obozie koło Petry w Jordanii. Niestety nie wie w jakim charakterze, czy jako więzień czy ochotnik.

To jakaś filia bojowników ISIS, bardzo niebezpieczna grupa, organizują zamachy i porwania. Tutaj również próbują wprowadzić siłą swoje prawo, dzięki zastraszaniu, porwaniom i zamachom wywołują ciągłe zamieszanie i poczucie strachu. Józek powiedział, że ma możliwość przerzucenia mnie przez granicę, a potem z powrotem do Izraela.

Oczywiście to będzie kosztowało, jeżeli nie mam pieniędzy on za mnie wyłoży – oddam kiedy będę mogła. To był dawny Józek, już nie bał się jak ostatnio, chyba naprawdę chciał mi pomóc.

Muszę mu zaufać i zrobić co powie. To będzie kosztowało tysiąc dolarów, nie mam tyle przy sobie ale mój mąż przeleje te pieniądze Józkowi na wskazany numer rachunku. Wróciłam do hotelu, spakowałam wszystko i wsiadłam do Józka samochodu.

Po drodze bardzo mnie przepraszał i tłumaczył swoje zachowanie strachem. Szantażowali go zabiciem kogoś bliskiego z rodziny, teraz ta osoba jest już bezpieczna i dlatego może mi pomóc. Powiedział, że odwiezie mnie do miejsca z którego będę musiała przejść kilka kilometrów pieszo w nocy.

Będzie na mnie czekał człowiek który przerzuca ludzi przez granicę kilka razy w tygodniu, więc wie co i jak trzeba zrobić. Józek będzie na mnie czekał w Petrze, jedzie tam z wycieczką jako drugi przewodnik dzięki czemu mi pomoże.

Dojechaliśmy, przemytnik już czekał, nie wyglądał zbyt przyjaźnie, od pierwszego spojrzenia widać było niechęć do ludzi z Europy, a chyba dodatkowo do kobiet.

Trudno, muszę z nim iść. Po trzech godzinach drogi po pustyni, dotarliśmy do obozu gdzie musimy spędzić noc. Już jesteśmy w Jordanii, dalej wyruszymy rano.

Zostało jeszcze kilka godzin marszu do miejsca gdzie ma czekać na mnie Józek. Na szczęście w obozie jest kilka kobiet, właśnie w ich namiocie mogę się przespać.

Niestety żadna z nich nie mówi po angielsku, tylko z przewodnikiem mogłabym porozmawiać, tyle że on nie ma ochoty. Grzecznie kładę się spać pijąc gorącą, mocna herbatę na dobry sen.

cdn…

Dzień 19

„ZAGINIONA – DZIEŃ PO DNIU…”

Czy to będzie przełomowy dzień w moich poszukiwaniach? Mam taka nadzieję, sama sobie odpowiadam i robię nadzieję, jeszcze wczoraj ta nadzieja była większa, dzisiaj coś mi się zaczyna kłębić w głowie i już takiej pewności nie mam.

Nie będę czekała, skoro nasza wycieczka wyrusza do miasta o 8.30 i jak przewodnik powiedział będziemy mijali szpital poproszę o zatrzymanie i postaram się wcześniej być na miejscu. Będę czekała przy drzwiach i punktualnie o 10.00 wejdę. Tak zrobiłam.

Chociaż bardzo chciałam to przyspieszyć na wszelki wypadek weszłam dopiero o ustalonej godzinie…Co jest? Teraz tu leży ktoś inny, nie ma pasażera z którym wczoraj się tutaj umawiałam. Nowy pacjent był Żydem, nie mówił po angielsku, więc biegiem udałam się na dół do informacji.

Pani która tam pracowała powiedziała, że ten pacjent został wypisany jeszcze wczoraj żeby zdążyć na samolot, ponieważ musiał wrócić do Polski. Jego stan zdrowia już na to pozwalał. Zostawił dla Pani, która do niego przyjdzie o godzinie 10.00 kopertę z informacją o którą prosiła.

Bez zbędnych pytań szybko otworzyłam list : „Szanowana Pani, bardzo przepraszam jednak nie mogłem się z Panią dzisiaj spotkać. Musiałem wypełnić zadanie którego się podjąłem. W czasie czytania tego listu już będę na miejscu docelowym, nie w Polsce.

Pani córka wiedziała, że moja choroba w samolocie to fikcja, ponieważ „Jadzia” była częścią tego planu, a właściwie główną aktorką. Po wyjściu z samolotu, weszła ze mną do karetki, a tam już czekała identycznie ubrana i bardzo podobna fizycznie dziewczyna, która wysiadła i machała do nas odjeżdżających w karetce.

„Jadzia” – wiem, że to nie jest prawdziwe imię Pani córki – a więc „Jadzia” po drodze bez słowa wysiadła. Więcej jej nie widziałem. Wczoraj przyszedł jakiś człowiek, który wiedział o Pani pobycie tutaj i poszukiwaniach, również o tym, że Pani mnie tutaj odwiedzi i powiedział, że muszę wykonać zadanie i przekazać takie informacje:

O dzisiejszym spotkaniu oraz o tym, że Pani córka się z Panią skontaktuje, jednak dopiero po Pani powrocie do Polski. Jej już nie ma w Izraelu, jest cała i zdrowa – nic więcej nie może powiedzieć. Nie powinna też Pani więcej jej szukać, bo to jej może bardzo zaszkodzić…”.

I co teraz? Za chwilę wszystko przedstawię Józkowi, zobaczymy co mi poradzi. Potem skontaktuję się z mężem, teraz jeszcze raz muszę wszystko przemyśleć. Józek przyszedł wcześniej, wszystko mu opowiedziałam. Teraz on powiedział czego się dowiedział.

Jego kontakt, potwierdził pobyt Hani tutaj jak również jej wyjazd, na 99% to Jordania. Nie wie czy to kraj docelowy czy tylko kolejny etap. Wszystkie informacje są juz nieaktualne dlatego zostają mu przekazane, uważa tą całą operację za bardzo niebezpieczną, odbywającą się w bardzo zaawansowanych procedurach czyli musi być również bardzo ważna rangą…

Józek chyba nie wszystko mi przekazuje, teraz zmienia zupełnie ton, już nie jest taki pewny siebie i swoich możliwości. Albo się czegoś przestraszył, albo został skutecznie „przekonany” do odpuszczenia tematu.

Tak też zrobił, poradził mi powrót do kraju razem z całą wycieczką. Przeprosił, że już nie może mi pomagać, musi za godzinę wyjechać do pracy. Dostał kolejne zlecenie jako przewodnik. Pożegnał się i szybko wyszedł.

Zaniemówiłam, poczułam się opuszczona, zrozpaczona i oszukana. Przecież Józek obiecał, że pomoże mi odnaleźć Hanię, zaufałam mu. Mógł nie robić mi nadziei, miał ponoć takie mocne kontakty, może to były tylko takie przechwałki, może chciał mi tylko zaimponować?

Teraz to i tak nie ma znaczenia. Nie wiem co dalej robić. Samolot powrotny mam dopiero za dwa dni, co ja tutaj sama zdziałam? Zadzwoniłam zrozpaczona do Kazika, zaniemówił… jego nadzieja tez prysła jak bańka mydlana.

Nie wie co mi doradzić, co dalej robić. Oczywiście nie mogę zostać w Izraelu nielegalnie, bo nawet po co skoro Hani tu nie ma. Może faktycznie skontaktuje się z nami w Polsce, ale przecież nie wiem czy tak będzie, czy tylko w taki sposób chcą się mnie pozbyć…

Mój mąż po namyśle powiedział, że muszę wracać, a potem dalej będziemy już wspólnie wszystko robić, nawet kosztem utraty gospodarstwa. Dopóki jest szansa na odnalezienie, zrobimy wszystko żeby zrealizować ten cel.

Mija ten straszny dzień, spakowani jedziemy dalej w kierunku Galilei, jednak nie mam ochoty na zwiedzanie. Chce jak najszybciej wracać do Polski, muszę wytrzymać jeszcze dwa dni, dwa dni które będą dla mnie jak cała wieczność. Nie wiem jak to wytrzymam.

Zaliczamy kolejny hotel, nawet nie zwracam uwagi jak się nazywa, nie idę na kolacje, chcę się tylko położyć. W pokoju zrobiłam sobie kawę. Położyłam się i nawet jej nie ruszyłam, padłam jak śnięta.

cdn…

Dzień 18

„ZAGINIONA – DZIEŃ PO DNIU…”

Rano tradycyjnie śniadanie, potem wyruszyliśmy do Jerozolimy, kolejny hotel, tak na oko trzy gwiazdki ale jest internet. Przejechaliśmy przez Jerozolimę, jednak nocleg będzie w Betlejem, czyli już po stronie Palestyny, za wysokim murem odgradzającym Arabów od Żydów.

Wychodzi na to, że teraz Żydzi zamknęli Arabów w getcie, taki chichot historii…Betlejem – dopiero teraz uzmysłowiłam sobie, że dokładnie w Wielkanoc znalazłam się tutaj, przecież przez zupełny przypadek, a jestem w takich miejscach Ziemi Świętej o których mogłam tylko pomarzyć. Jutro zwiedzimy całą Jerozolimę, przejdziemy drogą krzyżową, będziemy przy Grobie Pańskim, przy Ścianie Płaczu…to brzmi jak sen.

Przeżywam te wszystkie miejsca, jednak inaczej niż reszta wycieczki, chyba z podwójną mocą. Mam tyle nowych myśli, niektóre zupełnie oderwane od rzeczywistości, dla przykładu : ” …może Hania, miała nas już dość, może byliśmy nadopiekuńczy, może za bardzo wymagający, może za bardzo ją rozpieszczaliśmy” – no tak ale od czego są rodzice!

Przecież musimy dawać przykład, proponować różne cele w życiu, dbać o dobro jedynego dziecka, więcej dzieci już mieć nie możemy…to dla kogo mamy żyć, komu ofiarować siebie jak nie jej?

Po obiedzie wyjedziemy na stare miasto do Jerozolimy, Józek załatwił z przewodnikiem, że sam mnie oprowadzi i zobaczę wszystko co najciekawsze, a my będziemy mieli czas na rozmowę o Hani. Dopiero wieczorem odstawi mnie na miejsce zbiórki. Jeżeli wydarzy się coś nagłego natychmiast będziemy mogli zareagować. Wycieczka zostaje tu na dwa noclegi więc trochę czasu będzie.

Jest Józek, wreszcie, macha do mnie z daleka – widzę, że jest w dobrym humorze, chyba coś wie…” Małgosi, jest człowiek z samolotu, ten którego przywieźli karetką z lotniska. Zabiorę Panią do szpitala, porozmawiamy powinien nam wszystko wyjaśnić i znajdziemy Pani córkę!”. Raz jesteśmy na ty, raz na pani ale przecież to nie ma znaczenia. Ruszyliśmy taksówka do szpitala.

Serce waliło mi jak po maratonie, już widziałam w myślach Hanię. Spokojnie najpierw ten pan z samolotu, potem będę się cieszyła. Wbiegamy do szpitala, potem winda na czwarte piętro. Wchodzimy do wskazanego pokoju, widzimy pacjenta, tak to pasażer samolotu, przywieziony karetką z lotniska. Witamy się, to Polak, potwierdza wszystko – mówi, że pomogła mu dziewczyna z Polski, przyjechała z nim do szpitala i tyle, nic więcej nie wie. Miała na imię Jadzia, tak się do niej zwracał. Pokazałam zdjęcia z niepewnością…” tak to ona Jadzia”.

Ten Pan był jednak bardzo przestraszony patrząc na Józka, Józek też to zauważył. Poprosiłam żeby kupił nam kawę, a ja jeszcze chwilkę porozmawiam z tym Panem…Opowiedziałam co tutaj robię, prosiłam żeby coś sobie jeszcze przypomniał, dla mnie każda informacja jest na wagę złota. Poprosił, żebym go odwiedziła jutro ok. 10.00 jeżeli to możliwe,  wtedy będzie mógł mi przekazać informację od Jadzi, ale dopiero jutro, nie mówiąc nikomu i muszę być sama.

Jak wróci Józek, pożegnamy się i oczywiście jutro pojawię się w szpitalu raz jeszcze. Najważniejsze : wiem, że Hania żyje! Ale skąd ona wie o moim przyjeździe do Jerozolimy? Jak to możliwe? Zostawi dla mnie wiadomość!? A gdybym tu nie dotarła? Dlaczego kolejna nowa tożsamość, teraz „Jadzia” ? Znowu komplikacje, co tu jest grane? Nie mogę tego przekazać również Kazikowi, znowu by przekazał policji ze strachu o mnie.

Muszę zaryzykować i jutro przyjechać na spotkanie sama, przecież to miejsce publiczne, raczej nic mi nie grozi. Józek, wrócił z kawą. Popatrzył na mnie i już wiedział, że coś wiem. Zapytał czy już możemy iść, pożegnał się z panem z samolotu i nie czekając na odpowiedź wyszedł. Na korytarzu, zapytał co wiem i czy mogę mu o tym powiedzieć. „Niestety, dopiero jutro jak się upewnię, że naprawdę coś wiem – ok.?” Skinął głową, potakując i pojechaliśmy na stare miasto coś zjeść, potem zwiedziliśmy wszystkie najważniejsze miejsca Jerozolimy.

Józek odprowadził mnie na miejsce zbiórki i nawet nie próbował podpytywać, wiedział, że gdybym mogła i chciała powiedziałabym. Prosiłam go, żeby jutro przyjechał pod szpital o 11.00 czyli godzinę po moim spotkaniu z tym pasażerem. Myślę, że wystarczy czasu – jak czegoś konkretnego się dowiem przekażę  Józkowi i zobaczymy jak się to rozwinie.

Wróciliśmy do Betlejem, z całą grupą udaliśmy się na wieczorny spacer po tych historycznych miejscach, po ziemi na której narodziła się nasza religia. Moje myśli były jednak już na jutrzejszym dniu, czego się dowiem, czy zobaczę Hanię, co ona tu tak naprawdę robi, dlaczego to wszystko jest tak zawikłane? Mam  nadzieję, że jutro będzie już koniec moich poszukiwań i odnajdę wewnętrzny spokój.

Po powrocie do pokoju szybka kąpiel i spać. Ciężka noc przede mną, nie mogę zasnąć, przewracam się z boku na bok. Skoro nie mogę zasnąć, napiszę jeszcze do męża. Tak ogólnie o wszystkim, również o tym, że jutro z Józkiem spotykam się po 11.00 , że czekam na to spotkanie z nadzieją – muszę trochę na okrągło, dopiero po spotkaniu wyjaśnię Kazikowi dlaczego nie wspomniałam o wcześniejszej rozmowie w szpitalu…

…cdn

Dzień 17

„ZAGINIONA – DZIEŃ PO DNIU…”

Po śniadaniu, poprosiłam przewodnika o telefon, skontaktowałam się z Józkiem, niestety nie miał jeszcze żadnych nowych informacji. Potwierdziłam, że po śniadaniu ok. 2 godziny pojeździmy po stolicy Izraela, przewodnik opowie o najważniejszych miejscach, potem będziemy mieli jeszcze dwie godziny na spacer i zakupy w centrum miasta.

Wreszcie wyruszymy w kierunku Morza Martwego, gdzie również będzie nocleg, a według programu także kąpiel. W tym morzu, woda jest tak słona i ma taką wyporność, że nawet osoby które nie potrafią pływać się nie utopią. Ponoć nawet całkowite zanurzenie jest ciężkie do zrealizowania. Jadąc autokarem, właściwie żadne informacje od przewodniczki do mnie nie docierały.

Przez dwie godziny, mój wzrok był skierowany w jakiś ruchomy, ale ciągle jeden punkt. Dopiero po zatrzymaniu, Pani która siedział obok mnie powiedziała, że już wszyscy wysiedli, autokar pojedzie na parking, pojazd ma być pusty, wszyscy musimy go opuścić i zabrać rzeczy osobiste.

Nie miałam ochoty na zwiedzanie, poszłam do najbliższej restauracji w której był internet, zamówiłam kawę i zadzwoniłam do męża przez skypa. Bardzo się ucieszył, był na polu w traktorze, ale cały czas miał włączony internet i czekał na informacje ode mnie.

Wreszcie mogliśmy się zobaczyć i porozmawiać twarzą w twarz, ta technika jest wspaniała, możliwości kontaktowania się ludzi z różnych miejsc na całym świecie to chyba największe osiągnięcie cywilizacyjne ostatnich lat. Oczywiście wcześniej też były takie możliwości, jednak teraz właściwie każda osoba posiadająca dostęp do internetu może z tego skorzystać. Już nie trzeba być bogaczem, te możliwości są praktycznie dla każdego człowieka.

W głosie Kazika wyczułam zawód, chyba myślał – podobnie jak ja -, że pierwszego dnia będę miała dobre wieści o Hani i będzie tylko kwestią czasu wspólny powrót do Polski. Mimo wszystko dobrze tak sobie porozmawiać, zobaczyć najbliższą osobę tak mocno mnie wspierającą i dodająca sił na kolejne dni.

Przecież to już tyle czasu,a dalej niczego nie ustaliliśmy. Na szczęście widziano ją już po zaginięciu więc na odnalezienie naszej córki ciągle jest duża szansa i wielka nadzieja, nawet matczyna pewność! Kazik poprosił mnie żebym załatwiła z Józkiem publikację zdjęcia Hani na portalach społecznościowych w Izraelu, w ich języku, może tak coś się uda.

Możemy podać kontakt do przewodnika lub do Józka. Oczywiście, za chwilę napiszę do niego taką prośbę na FB i prześlę zdjęcia Hani, mam nadzieję, że się zgodzi i to załatwi. Umówiliśmy się na kontakt wieczorem, a teraz muszę szybko napisać do Józka, za chwilę wyjeżdżamy i nie będę miała z nim kontaktu.

Dojechaliśmy na Morze Martwe, zatrzymaliśmy się w takim średnim hotelu nad wyschniętym morzem, do wody było ok. kilometra. Przewodnik opowiedział nam o tych bardzo ciekawych zjawiskach wysychania Morza Martwego. Kiedyś ten hotel stał nad samym brzegiem morza, przyjeżdżało tu mnóstwo gości na kuracje solankowe, masaże i wypoczynek.

Teraz właściciele zastanawiają się nad zamknięciem interesu i przeniesieniem w inne miejsce. Jednak brak środków ich skutecznie zniechęca, przez to żyją tu z dnia na dzień i czekają już wyłącznie na wycieczki objazdowe zostające, tak jak nasza grupa tylko na jeden nocleg ze śniadaniem.

O internecie oczywiście można zapomnieć, nie potrzebne dodatkowe obciążenie dla hotelu, właściciele wychodzą z założenia, że nie będzie to i tak stanowiło jakiegoś niezbędnego warunku przyjazdu i pobytu. Wystarczy nocleg i śniadanie, przed południem i tak wszyscy wyjeżdżają. Musiałam znowu skorzystać z telefonu przewodnika. Józek, poprosił jeszcze o jeden dzień.

Dalej niczego nie potwierdził, pomysł ze zdjęciami na FB też odwołał. Powiedział, że do ustalenia jakiejś potwierdzonej informacji przez jego źródło nie powinniśmy nagłaśniać sprawy. Jeżeli jutro nic się nie wyjaśni, wszystko załatwi, wstawi zdjęcie na portalach i poprosi znajomego z policji kryminalnej o pomoc oraz wsparcie.

Ok. poczekajmy zatem do jutra.

cdn…

Dzień 14

„ZAGINIONA – DZIEŃ PO DNIU…”

Nowy dzień przyniósł nowe siły do działania. Pani Wiktoria poprosiła mnie o poranny spacer, niby nie ma siły już sama maszerować po plaży. Myślę, że to jest tylko pretekst, żeby mnie wyciągnąć na świeże powietrze i porozmawiać o czymś innym, pozwolić organizmowi odsapnąć i zwolnić trochę miejsca na inne aspekty życia. Oczywiście myśli pozostają przy Hani, ale taka rozmowa o niczym jest bardzo potrzebna. Pani gospodyni opowiedziała mi całą, bardzo ciekawą historię jej rodziny. Zaczynając od swojego ojca i matki, a na wnukach kończąc. No właśnie jej ojciec, z tych opowieści bardzo mi przypomina moją córkę. Łączy ich zauroczenie obcymi kulturami, chęć i gotowość ciągłych podróży, praca połączona z poznawaniem i podróżowaniem, zarabianie na siebie i przemieszczanie się praktycznie po kosztach. Przejazdy autostopem po Europie w przypadku Hani, a w przypadku Pana Antoniego, ojca gospodyni podróżowanie za chlebem i poznawanie Ameryki Południowej. Czasy Pana Antoniego to były lata 30-ste dwudziestego wieku, sam tak daleki wyjazd to był wyczyn i temat rozmów dla całej wsi. Po powrocie wszyscy chcieli usłyszeć co zobaczył, jakich ludzi spotkał, gdzie pracował i jak tam jest. Hania wracając do kraju pokazywała zdjęcia, ale wcześniej opisywała miejsca pobytu na FB, wstawiała zdjęcia z różnych miejsc. Inne czasy, inne formy przekazu, teraz jest łatwiej i prościej, ale czy ciekawiej? Czy ludzie spotykają się jak kiedyś i wysłuchują w skupieniu opowieści z zapartym tchem?

Po tym dwugodzinnym spacerze Pani gospodyni była mniej zmęczona niż ja, brzegiem morza doszłyśmy do Molo w Sopocie i z powrotem czyli ok. 5 kilometrów. Skąd ta kobieta ma tyle siły? Pewnie ja w jej wieku już nie dam rady wyjść po zakupy, a ona jeszcze sama sobie gotuje: „Kochana Gosiu, synowa oczywiście robi obiady i to smaczne, ale czasami jak się jakaś potrawa przyczepi to trzeba samemu upitrasić, nie czekać tylko zrobić, a i reszta domowników się załapie”. Rozmowa i przebywanie z nią to dla mnie jak spotkanie z najlepszym psychologiem czy psychoanalitykiem, bijący optymizm i chęci do życia, do pomagania innym to najlepsza terapia!

Zadzwonił Kazik, powiedział, że jutro będzie wiedział czy znalazł zastępstwo na gospodarce, sąsiedzi z wioski oddalonej o parę kilometrów mają się zastanowić czy chcą i mogą zostawić swoje gospodarstwo i przenieść się na tydzień do nas. Codzienne przyjazdy i doglądanie nie mają sensu, oni mają dwóch dorosłych synów którzy powinni sobie poradzić na swoim, jednak obydwaj dorywczo u kogoś pracują, stąd potrzeba czasu na ustalenia. Powiedziałam mężowi o moich poszukiwaniach wycieczki do Izraela, niestety terminy raczej odległe za 3-4 tygodnie najwcześniej. Prosiłam o informacje gdyby się coś zwolniło, przekazałam naszą gotowość do wyjazdu nawet następnego dnia. Zadzwoniłam też do portalu w którym jest oferta wszystkich biur podróży, oni również będą czuwali i jak tylko coś się zwolni zrobią rezerwację dla nas, mają już nasze dane, skany paszportów i wszystkie niezbędne informacje. Poprosiłam Kazika żeby już, na spokoju się spakował, potem w panice zapomnimy połowy przydatnych w takiej wyprawie rzeczy, ja zrobiłam podobnie. Wszystko czeka w walizce, tylko sygnał i jestem gotowa.

Pod wieczór zadzwoniła Pani Kasia z portalu podróżniczego z informacją, że jest tylko jedno wolne miejsce na tygodniową wycieczkę objazdową po Ziemi Świętej. Niestety tylko jedno, zachorowała jakaś kobieta mająca lecieć z synem i synową. Wylot jest za dwa dni i pewnie nic więcej się już nie zwolni. Jutro rano, tak 9.30 maksymalnie 10.00 musimy się zdecydować czy bierzemy jeżeli nie mają jeszcze jednego chętnego. Po rozmowie z mężem postanowiliśmy, że nie możemy czekać i któreś z nas pojedzie. Jeżeli sąsiedzi potwierdzą zastępstwo na gospodarce pojedzie Kazik, jeżeli nie pojadę ja. Sama i tak bym nie dała rady na roli, prowadzenie nowoczesnego traktora to nie dla mnie, dodatkowo zwierzęta i dużo ciężkiej pracy fizycznej. Lepiej żeby został mąż, ja wolę być tam i szukać, na miejscu i byłby jeszcze większy stres i strach. Postanowione, czekamy na jutrzejszy dzień, jeszcze musimy wstępnie poinformować Józka o naszych planach. Napiszę do niego, niech wstępnie zacznie się przygotowywać, też będzie musiał załatwić sobie kilka wolnych dni. Na ile go znamy, jeżeli obiecał pomoc to zrobi wszystko co w jego mocy, ruszy wszystkich znajomych, wykorzysta wszystkie znajomości. Wcześniej powiedział jeszcze, że jeżeli nasza córka jest w Izraelu to on ja znajdzie. Na takie słowa już sobie wyobrażam nasze spotkanie z Hanią…

cdn…

Dzień 13

„ZAGINIONA – DZIEŃ PO DNIU…”

Nie tak hop…Izrael to inne Państwo, wszystko mają pod kontrolą. Rano zadzwoniłam do ambasady, wyjaśniłam całą sprawę i w odpowiedzi usłyszałam, że jedynie nasze służby mogą podjąć jakieś działania w celu wyjaśnienia sprawy. Na dzień dzisiejszy nie dostane zgody na wjazd, muszą najpierw ustalić co się stało z Hanią, czy rzeczywiście przebywa w Izraelu, czy tamtego dnia opuściła samolot i w jaki sposób. Podchodzą do tej całej historii bardzo sceptycznie, w ich kraju takie rzeczy są praktycznie niemożliwe. Przy tak wielu kontrolach, pełnym monitoringu lotniska nikt niepostrzeżenie nie może opuścić samolotu, a co dopiero osoba z fałszywym paszportem i zmyślonym nazwiskiem…-„…a jeżeli to wszystko było zaplanowane, może nawet Wasze służby brały w tym udział?”. Usłyszałam „Bez komentarza, do widzenia”. Chyba to bardzo wrażliwy temat, skoro z miłej rozmowy przeszliśmy na tak oficjalny i niemiły ton.

Podczas mojej rozmowy zniecierpliwiony mąż dzwonił kilka razy, wreszcie udało nam się porozmawiać. Próbowałam wcześniej, jednak cały czas telefon był zajęty, chyba równocześnie dzwoniliśmy do siebie. Zdałam relacje z mojej rozmowy z ambasadą. Kazik wysłuchał i opowiedział swój pomysł : „Wśród pasażerów przecież było sporo młodzieży, jechali na jakąś olimpiadę. Musimy zdobyć ich namiary i skontaktować się z nimi, a jeżeli to nic nie da również z pozostałymi pasażerami. Może w takiej bezpośredniej rozmowie coś sobie przypomną, przecież Hania też jest studentką, a oni lubią trzymać się razem, zwłaszcza w przypadku gdy zagrożone jest życie…”. Tak zrobiliśmy, Kazik z domu, ja z Gdańska wydzwoniliśmy wszystkich pasażerów – oczywiście zdobycie takiej list nie było w pełni legalne, wręcz nielegalne, ale liczy się cel. Dziękując kapitanowi za pomoc wspomniałam, że jest porządnym człowiekiem, wczuwającym się w rolę ojca, wie co przeżywamy. Również ma dorastająca córkę, chucha na nią i dmucha, a i tak nie uchronił jej od używek. Miała problemy z alkoholem i narkotykami, teraz z tego wyszła, pomogli : jej, jemu i żonie kapitana zupełnie obcy ludzie. Przygarnęli ich córkę, dali zajęcie i wyciągnęli ją z nałogu – „…to był cud” – jak mówił kapitan. Teraz oni muszą oddać dobro innym, tak na wszelki wypadek żeby nie wróciło do nich zło, żeby nie wrócił koszmar stopniowej utraty dziecka, tak jak u nas jedynego dziecka.

Z tylu telefonów tylko dwa okazały się trafione i wniosły nowe fakty. Zdaniem jednej ze pasażerek, młoda kobieta opiekująca się tym chorym człowiekiem wysiadła z nim, ciągle go trzymając za rękę, rozmawiała z personelem karetki i tłumaczyła temu człowiekowi co się dzieje jak już odzyskał świadomość. Wydawało się jej logiczne, że wysiada i odprowadza chorego który podróżował w pojedynkę, w dodatku nie znał żadnego języka. Pomyślała, że jeżeli ten człowiek będzie musiał tu zostać to muszą znaleźć tłumacza. „Po ok. godzinnym postoju dostaliśmy kawę i ciastka, po wypiciu wszyscy się ucieszyli – personel samolotu oświadczył, że osoba która zasłabła na pokładzie już czuje się dobrze, jednak dla bezpieczeństwa zostaje w Eljacie na obserwacji. Mieliśmy za kilkanaście minut odlecieć. Wszyscy zaczęli bić brawo ; człowiekowi nic się nie stało, a my możemy kontynuować podróż”. Niestety nikt nie zwrócił uwagi na brak Hani, personel również nic, przystąpił do procedur…i odlecieli.

Kolejny dzień na nic, może jest w Izraelu, a może nie. Dlaczego to się tak komplikuje? Tyle tajemnic, nie wyjaśnionych zwrotów akcji, dlaczego Hani nie zadzwoniła stamtąd żeby nas uspokoić. Jestem przekonana na tysiąc procent, że jest w Izraelu. Ten paszport, nazwisko, wszystko tak jakby było przygotowane i zaplanowane! Tylko dlaczego, po co to wszystko, kim w tym całym bajzlu jest nasza córka? Po rozmowie z Kazikiem wymyśliliśmy : skoro nie można legalnie, a przynajmniej nie od razu to wyjedziemy do Izraela na wycieczkę i w jakiś sposób sprawdzimy wszystko tam na miejscu. Kiedyś poznaliśmy Żyda który przed przyjazdem do Izraela mieszkał w Polsce wraz z całą rodziną. Ma na imię Józek, jego życiorys to gotowy scenariusz do filmu sensacyjnego. Siedział w więzieniu w Berlinie, wcześniej już w Polsce miał problemy, potem po przyjeździe również poważne kłopoty z prawem. Na szczęście wszystko mu się udało wreszcie wyprostować, teraz jest przewodnikiem wycieczek po całym Izraelu. Dzwoniłam do niego przez Skypa, opowiedziałam nasza historię. Powiedział żebym przed wyjazdem podała mu dokładną datę, godzinę i miejsce przylotu, będzie czekał i ma nadzieję, że dzięki jego szerokim kontaktom uda się coś ustalić.

Rano będziemy szukali możliwie najszybszego terminu wyjazdu. Kazik przyjedzie do mnie dopiero jak coś potwierdzimy, będzie musiał potwierdzić opiekuna do gospodarstwa, wyjazd to min. tydzień, a zwierzęta nie mogą tyle zostać bez opieki. Musimy być odpowiedzialni, gorzej jak się nie uda załatwić zastępstwa. Zobaczymy, jutro będziemy mądrzejsi…

cdn…

Dzień 12

„ZAGINIONA – DZIEŃ PO DNIU…”

Rano po szybkim śniadaniu, staraliśmy się coś zaplanować, obrać jakiś kierunek dalszego działania, jednak wszystkie pomysły spełzały na niczym. Ciężko coś zrobić nie mając żadnych wskazówek. Przecież jak dotąd wszystkie tropy padały, łącznie z tym wylotem Hani do Dubaju. Prawdę mówiąc Dubaj nam tylko bardziej namieszał, bo teraz właściwie juz niczego nie wiemy. Skoro wsiadła do samolotu to gdzie jest, jak ja odnaleźć nie wiedząc gdzie szukać? Jedyna nadzieja w naszych państwowych służbach, oni maja odpowiednie narzędzia, wszędzie ludzi i kontakty, a my co…?

Jak wstępnie planowaliśmy, Kazik wróci do domu na kilka dni i spróbuje wszystko poukładać, może mu się uda znaleźć kogoś odpowiedniego na gospodarkę. Umówiliśmy się, że jak coś się wydarzy to szybko wróci i mnie wesprze w każdej sprawie. Ja wybieram się do Człuchowa, może i tym razem jasnowidz podsunie nam jakiś trop. Zabiorę inne rzeczy Hani, może jeszcze bardziej osobisty jak prosił i uda się określić miejsce pobytu Hani, jak nie to chociaż potwierdzi czy wsiadła do samolotu?

Trafiłam na wielkie korki, ponad 2,5 godziny jazdy, jestem wykończona, wykończona ale i pełna nadziei. Hania może teraz jest sama, bez pomocy, bez wsparcia, cierpi fizycznie, a pewnie jeszcze bardziej psychicznie. Ona potrzebuje naszej pomocy i do ostatecznego rozstrzygnięcia tej sprawy taką pomoc będzie od nas otrzymywała. Jeżeli będzie potrzeba przeszukam cała Polskę, Europę czy każde inne miejsce na ziemi! Nigdy się nie poddam, to nasza jedyna córka i sens całego życia, bez niej to wszystko nie ma sensu! Czym są pieniądze, dobra materialne, władza, posiadanie? Gdy nie ma miłości, gdy nie ma bliskiej osoby, gdy nie ma z kim tego wszystkiego kosztować, przeżywać to przecież nie ma sensu…My zawsze ciężko pracowaliśmy, chcieliśmy żeby nasze dziecko miało wszystko to czego my w naszych biednych rodzinnych domach nie mieliśmy. Było dużo miłości, ale i ciężkiej pracy na roli już od dziecka, takie były czasy, dzieci pracowały kosztem nauki, zabawy. Teraz jest o wiele lepiej, jedno tylko się nie zmieniło – jak się posiada dużo gospodarstwo zawsze jest robota, zawsze coś trzeba naprawić, codziennie dbać o zwierzęta, nie można wyjechać na urlop. Kazik robił wszystko żeby przynajmniej raz w roku wyjechać całą rodzinką na jakiś zagraniczny tydzień, chciał pokazać Hani inny świat, inne kultury, chciał żeby była bardziej otwarta na ludzi. I tak było, wszczepił jej zamiłowanie do podróży, miała bardzo dużo kontaktów w różnych miejscach świata, a teraz to wszystko stało się niestety mało ważne i jednak nieskuteczne. Koleżanki i koledzy Hani ze studiów, wysłali wiadomości o jej zaginięciu do wszystkich możliwych znajomych na portalach społecznościowych i też nic…

Jasnowidz przyjmuje mnie bardzo sympatycznie, natychmiast prosi o rzeczy które przywiozłam i przystępuje do działania. Trwa to jeszcze dłużej niż poprzednio, prosi żebym wyszła do ogrodu i tam w spokoju wypiła kawę, a on dzięki temu jeszcze bardziej będzie mógł się skoncentrować na wizji. Po długim oczekiwaniu, wreszcie prosi mnie do środka i opowiada o jego spostrzeżeniach : ” Pani Małgosiu, nie jestem Bogiem, więc nie jestem nie omylny, ale według moich wizji mam 100% pewność, że Pani córka wsiadła do tego samolotu i go nie opuściła. Więcej, mam pewność lotu córki i jakiegoś incydentu na pokładzie z jej udziałem. Tutaj jednak pewności 100% już nie mam czy incydent dotyczył jej bezpośrednio, czy ona tylko była w pobliżu. Bardzo proszę poprosić o kontakt z personelem tego lotu i może dzięki temu uda się coś więcej wyjaśnić, przecież nasze służby mają takie możliwości, dziwię się już dawno sami powinni to sprawdzić”. ” Bardzo Panu jeszcze raz dziękuję, oczywiście jeżeli jeszcze coś uda się dodatkowo wskazać będę wdzięczna za informację”.

Wracam do Gdańska, gość ma rację przecież personel można było już dawno sprawdzić, oni na to nie wpadli albo jeszcze nie dotarli do tej załogi. Piloci i stewardesy ciągle latają po całym świecie, więc trudno ich wezwać na spotkanie/przesłuchanie czy gdzieś umówić.

Wieczorem przy kolacji z Panią Wiktorią opowiedziałam zaległości z tych ostatnich bardzo pędzących dni. Gospodyni działa na mnie jak lek uspokajający, jest bardzo modra życiowo i rzeczowo doradza. Robi to oczywiście kompletnie bezinteresownie. Przed chwila oznajmiła mi, że dostałam rabat na cały pobyt. Zapłacę tylko połowę umówionej kwoty w tym będzie również jedzenie gratis. Na moje słowa, że tak nie można, przecież ma swoje potrzeby i wydatki, mnie stać na taka zapłatę, a płace i tak minimum – przerwała mi i powiedziała : ” Kochana Gosiu, bardzo chce Wam pomóc, nie mogę inaczej ale tak właśnie mogę i nikt mi tego nie zabroni – koniec rozmowy, nie wracajmy do tego – Pani ma się skupić tylko na córce, jak Hanie się odnajdzie i wszystko się skończy zaprosi mnie Pani do siebie na wieś”! Podziękowałam, przytuliłyśmy się jak matka z matką i poszłam spać.

Nagle zadzwonił telefon…zdrętwiałam ze strachu, teraz telefon? musiało coś się stać… to jakiś obcy numer, muszę przezwyciężyć tak ogromny strach, niepokój i odebrać nie mam wyjścia…To telefon ze służb wywiadowczych, przedstawił się jakiś oficer wysokiej rangi tyle, że ja nic nie zrozumiałam, ciągle byłam przerażona i przygotowana na najgorsze. „Witam Panią, udało nam się sprawdzić na sto procenta co się stało na pokładzie samolotu, rozmawialiśmy z załogą. Podczas lotu doszło do zatrzymania oddechu jednego z pasażerów. Wśród pasażerów nie było lekarza, ale jak się okazało była młoda dziewczyna która potrafiła pomóc, miała ukończone kursy pierwszej pomocy. Pokazaliśmy zdjęcia Pani córki i okazało się, że to ona. Samolot awaryjnie wylądował w Izraelu na lotnisku w Eljacie, czyli blisko granicy trzech państwa : Jordania, Egipt, Izrael. Tam właśnie zostawiono pasażera, wysiadł sam jednak jak również potwierdziliśmy Pani córka nie doleciała do Dubaja. Przypuszczamy, że również mogła tam wysiąść, jednak nie wiemy jak to się stało. Czy to był przypadek w tym całym zamieszaniu, czy celowe działanie, może jakaś inna przyczyna. Wszystko się komplikuje, a jednocześnie zamyka w jakąś jeszcze bliżej nieokreśloną całość. Przecież Pani córka wyleciała z Polski jako obywatelka Izraela z fałszywym nazwiskiem i paszportem. Na dzień dzisiejszy to wszystko, jutro jak tylko się dowiemy czegoś więcej damy znać. Dobranoc.” – ” Bardzo dziękuję za informacje i proszę do mnie dzwonić o każdej porze dnia i nocy jak tylko uda się cis jeszcze ustalić!”. Czyli żyje, to najważniejsze, doleciała do Eljatu, jutro sprawdzę jak tam można się dostać, jeszcze opowiem wszystko Kazikowi i rano do działania!

Dzień 11

„ZAGINIONA – DZIEŃ PO DNIU…”

Dubaj, przez całą noc myślałam tylko o tym mieście. Daleko, inna kultura, inni ludzie, Hania jest chrześcijanką, dlaczego tam pojechała bez powiadomienia nas o tym. Nawet jeżeli to tylko wycieczka i wróci za parę dni powinna zadzwonić i powiedzieć : „kochani rodzice wracam za tydzień, dwa czy za miesiąc” – przecież i tak bym się zgodziła. Teraz myślę o pieniądzach, przecież taki wypad to spora kasa, Hania raczej nie miała aż tyle zaskórniaków. To co dostawała od nas wystarczało jej na życie, stołowanie się w akademickim barze i na jakieś wyjścia do kina, teatru, na dyskotekę, ale bez szaleństw. Musiała oszczędzać, nie chcieliśmy jej rozpieszczać i przyzwyczajać do łatwych pieniędzy. Na wszystko trzeba zapracować, opłacaliśmy wszystko co potrzebne : akademik, wyżywienie i drobne kieszonkowe, jeżeli chciała coś sobie kupić dorabiała jako hostessa lub kelnerka w restauracjach, bardzo dobrze sobie z tym radziła i nie musiała nas nawet prosić o dodatkowe wsparcie. Zawsze powtarzała, że i tak jej zachcianki ze studiowaniem w Gdańsku nas za dużo kosztują, była bardzo honorowa i chciała pokazać, że sobie poradzi. Taka postawa była bardzo ważna również dla nas. Wiedzieliśmy, że jak przyjdzie gorszy, finansowo gorszy czas dla nas to możemy na nią liczyć. Jeżeli odkładała sobie za wszystkie dodatkowe prace, nie wydawała tylko składała te pieniążki to oczywiście mogła uzbierać. Powinna się tym pochwalić, bardzo cieszymy się z jej każdego sukcesu, stara się takimi fajnymi, pozytywnymi sprawami nas jak najczęściej zaskakiwać, a my zawsze reagujemy tak samo. Radość i duma! Gdy zaliczy egzamin, jeżeli uzyska jakieś trudne zaliczenie, jak uzyska jakiś dobry sportowy wynik, pobije swój rekord, przecież to uczelnia sportowa i ona tam się bardzo dobrze odnajduje – to wszystko nas bardzo cieszy! Taki wyjazd z pewnością byśmy na swój, rodzica sposób przeżywali. Przecież w każdej normalnej rodzinie tak być powinno!

Jedziemy na komisariat, powinna już przyjść wiadomość z naszego MSZ. Tylko taka drogą możemy uzyskać pewna informację o osobach które wylądowały w Dubaju. Kapitan był bardzo zdenerwowany informacją jaka uzyskał z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Okazało się o osoba która wyleciała z lotniska w Gdańsku nie wysiadła w Dubaju i nie wiedzą co się z nią stało. Natasza Kobiercowa co więcej nie istnieje w ewidencji ludności ani Rosji, ani Izraela. Paszport o takim numerze został zgłoszony jako ukradziony następnego dnia po wylocie Hani z Polski. No to się skomplikowało na całego, to nie jest już jakieś tam normalne zaginięcie, to jakaś grubsza sprawa, którą muszą zająć się nasze tajne służby. Policja nam właściwie już więcej nie może pomóc, to wychodzi poza jej kompetencje. Tym razem musimy naprawdę czekać, nie ma jak pomóc, wiemy na pewno, że wyjechała z Polski tzn. wsiadła do samolotu…a jak to było tylko tak zaaranżowane? Może wcale nie wyleciała, może to miało tylko tak wyglądać? Podzieliliśmy się naszymi wątpliwościami z kapitanem, prosimy żeby nam pomógł wrócić na lotnisko i przejrzeć jeszcze inne kamery z monitoringu. Może zobaczymy Hanię w innym miejscu, może z jakiejś przyczyny musiała opuścić samolot? Kapitan chyba też miał wątpliwości, bez większych ceregieli zaprosił nas do radiowozu i od razu udaliśmy się na lotnisko.

Na szczęście zdążyliśmy przed korkami i w 20 minut byliśmy w Rębiechowie na lotnisku. Kapitan Dreszter w czasie jazdy potwierdził naszą wizytę na lotnisku, wyjaśnił zawiłość sytuacji i poprosił o pomoc na miejscu. Wszystko dzięki prywatnej znajomości z Prezesem lotniska, dzięki niemu mogliśmy spokojnie prześledzić monitoring ze wszystkich kamer zainstalowanych przy wejściach i wyjściach, w bagażowni, przy odprawie celnej, tankowaniu samolotów – dosłownie wszystko. Skończyliśmy o 2.30 w nocy, prawie nie widząc ze zmęczenia i niestety nic. Nie wydarzyło się nic co mogłoby nam pomóc w wyjaśnieniu sprawy. Byliśmy bardzo wdzięczni wszystkim osobą które zupełnie bezinteresownie zawaliły sobie cały dzień i nam tak bardzo pomogły. Dobrze spotkać tak dobrych i pomocnych ludzi w czasach materializmu i w większości przypadków kompletnego znieczulenia na los innych.

Wróciliśmy całkowicie „zaorani” psychicznie, nie mieliśmy pomysłu na dalsze działania, nie mieliśmy planu awaryjnego. Wszystko zgasło, nie było nawet światełka w tunelu, nadziei na jakieś rozwiązanie. Kazik powiedział, że jutro musi wracać do Upałt, bo komplikuje się sytuacja z sąsiadami, nie dają rady i trzeba to jakoś załatwić. Myślę, że mąż chce to wszystko jeszcze raz dobrze przemyśleć i ten powrót tez mu pasuje. Przy pracy na roli odpoczywa psychicznie, a pracując rodzą mu się najlepsze pomysły. Miast go przytłacza, męczy, wieś to jego żywioł więc nie będę robiła żadnych problemów, wręcz przeciwnie, będąc sama też muszę wykazywać większą inicjatywę. Takie krótkie rozstanie powinno nam pomóc. Rano ustalimy co i jak. Zaczniemy poszukiwania od nowa, może jeszcze raz podjadę do jasnowidza, może nasze służby coś odkryją. Zobaczymy. Musimy to wyjaśnić i już!

cdn…

Dzień 10

„ZAGINIONA – DZIEŃ PO DNIU…”

Następnego dnia zgodnie z umową zadzwoniliśmy do kapitana żeby potwierdzić spotkanie na lotnisku, wcześniej musiał uzyskać zezwolenie na naszą obecność. Wspomniał również, że wcześniej jego poprzednik już sprawdzała wszystkie nazwiska wylatujące tego dnia i nie było tam Hani, ale mogła wylecieć pod innym nazwiskiem zarówno z własnej woli świadomie jak i szantażowana czy zmuszona do takiego kroku. Kapitan potwierdził, mamy być o 15.30 przy głównym wejściu i wyjdzie po nas z przepustkami. Tak zrobiliśmy, dokładnie o wyznaczonej godzinie byliśmy na miejscu. Wcześniej ustaliliśmy z mężem, że musimy mieć więcej gotówki na wszelki wypadek. Szukając w ostatniej chwili robimy to na wariata i na niekorzystnych warunkach. Kazik sprzedał nasze dwa auta, które i tak były tylko sporadycznie wykorzystywane, stwierdzając, że to nam w najbliższym czasie powinno wystarczyć. Zostawiliśmy sobie tylko auto niezbędne do przemieszczania i najmniej warte, jeżeli będzie potrzebne inne w przyszłości zawsze można kupić, jeżeli tylko będzie nas stać. Zadzwoniłam jeszcze do sąsiadów i wypytałam o wszystko z detalami, trochę opowiedziałam co nas wczoraj spotkało. Kazik prosił żebym zapytała czy oczywiście za jakąś opłatą nie chcieliby jeszcze ze dwa-trzy dni u nas pogospodarzyć. Jeżeli tak niech podadzą za ile, prześlemy im pieniądze, wiemy jak ciężka jest u nich sytuacja rodzinna. Mają pięcioro małych dzieci, jedno niepełnosprawne, ojciec rodziny jest na emeryturze, matka ma problemy ze wzrokiem, dostają pieniądze, ale z KRUS-u jest jeszcze mniej niż z ZUS-u…

Wychodzi kapitan, zaprasza nas do środka. Siadamy przy monitorach i do późnego wieczora oglądamy nagrania. Już pod sam koniec nagrań z tego feralnego dnia Kazik zauważył Hanię, ja też potwierdziłam. Szybko udało się sprawdzić pod jakim nazwiskiem i dokąd poleciała. To był dla nas szok…Natasza Kobiercowa, Izraelka pochodzenia rosyjskiego…poleciała do Dubaju. O co tu chodzi, dlaczego Izrael i ten Dubaj teraz to dopiero mamy czego się bać. Czy to jakaś przykrywka, czy przed czymś ucieka albo…właśnie albo co? Kompletnie wszystko się pogmatwało. Kazik na trzeźwo powiedział, że musimy podziękować jasnowidzowi z Człuchowa i to musi zrobić właśnie on ponieważ bardzo sceptycznie do tego podchodził, a okazało się, że jasnowidz miał rację i naprowadził nas na dobry trop.

Kapitan poprosił nas na rozmowę, usiedliśmy w restauracji na lotnisku, przy stoliku z dala od innych gości, wiedzieliśmy, że chce nam powiedzieć coś ważnego. „Panie Kazimierzu, teraz na spokoju proszę mi przyrzec, że już nigdy nie zachowa się Pan tak nierozważnie i nieodpowiedzialnie jak w Wieżycy, wymierzanie sprawiedliwości również proszę zostawić nam. Jeżeli powtórzy się jeszcze raz taka sytuację będę musiał Pana aresztować….Rozumiemy się mam nadzieję i działamy wspólnie dla dobra Państwa Córki…?” – „Tak oczywiście, jeszcze raz przepraszam – wiem, że tak nie powinno się postępować, już żona mi zrobiła wykład…bardzo przepraszam i żałuję. Jeżeli Pan zezwoli odwiedzę tego pobitego chłopaka i przeproszę osobiście…” – „Dobrze, ale jak to wszystko się skończy, przy okazji przekażę mu te słowa od Pana, cieszę się że tak Pan to widzi!”. Policjant na koniec powiedział, że teraz muszą wszystko zbadać na drodze służbowej, jeżeli się uda coś ustalić jutro da znać.

Wróciliśmy do domu, do 4 w nocy szukaliśmy informacji w internecie, zobaczyliśmy to olbrzymie lotnisko w Dubaju! To miasto w mieście. Z jednego terminalu do drugiego jeździ kolejka, jak my ja tam znajdziemy? Musimy odpocząć i przespać ile się da, jutro może być kolejny ciężki dzień, a my musimy mieć siły i zdrowie na dalsze szukanie.

cdn…

Dzień 9

„ZAGINIONA – DZIEŃ PO DNIU…”

To był straszny, wyczerpujący fizycznie i psychicznie dzień o którym chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć. Na co liczyli ci ludzie? Na nasza naiwność? rozpacz – która odbiera zdrowy rozsadek? czy może szczęście, że im się uda ? Nie wiem, nie mam pojęcia i nie chce już więcej takich przeżyć. Straciliśmy czas, straciliśmy trochę zapału i nadziei…teraz jest ok. kawa i bliskość kochającej osoby czyni cuda – doszliśmy do siebie i ruszamy na poszukiwania.

Dzwonił kapitan Dreszter, niestety niczego nowego się nie dowiedzieliśmy, nie mają żadnego nowego tropu. Musimy spróbować czego innego, szukam w internecie kontaktu do jasnowidza z Człuchowa. Kiedyś widziałam go w telewizji, pisali o nim również w gazetach, może mu się uda. Postaram się z nim spotkać, mąż nie chce brać w tym udziału, zawsze podchodzi sceptycznie do takich pomysłów. Trudno, załatwię to sama. Kazik w tym czasie pojechał do banku.

Przekonaliśmy się, że wszędzie można spotkać porządnych ludzi! Właśnie tak się stało w banku, dyrektor placówki zachował się wspaniale. Słyszał o naszej sprawie, o zaginięciu Hani, o naszych problemach materialnych i postanowił anulować wszystkie zastawy i pożyczki! Kazik wpłacił pieniądze, a on wszystko anulował, nie ponieśliśmy żadnych kosztów. Jedyny warunek to, że nie możemy nikomu o tym powiedzieć ponieważ dyrektor złamał wiele wewnętrznych zasad i procedur. Gdyby ktoś z centrali, z jego przełożonych się o tym dowiedział stracił by pracę i nie znalazłby zatrudnienia w żadnym innym banku. Powiedział, że czasami trzeba zaryzykować i bezinteresownie pomóc ludziom będącym w tak beznadziejnej sytuacji ja my…Ten dzień przywrócił nam wiarę w ludzi i dał kolejnego kopa do działania!

Po informacjach z banku z wielkim optymizmem wyruszyłam na umówione już spotkanie w Człuchowie. Jasnowidz, przyjął mnie herbatą z cytryna i miodem, mówiąc przy tym, że mnie wzmocni, a sił będę potrzebowała jeszcze bardzo dużo…Powiedział żebym się nie bała, to jeszcze nie była przepowiednia czy wizja tylko taka ludzka obserwacja. Widział już wiele takich spraw i wie, że potrafią kompletnie wyjałowić i wyczerpać organizm. Zgodnie z ustaleniami telefonicznymi przekazałam ostatnie zdjęcia Hani i jej rzeczy osobiste. Jasnowidz dość długo wpatrywał się w te przedmioty, brał do reki na zmianę zdjęcia, ubrania i pozostałe przedmioty które mu przekazałam. Po dłuższej chwili, położył wszystko na biurku, popatrzył mi w oczy, złapał za rękę…w tym momencie moje serce osiągnęło chyba maksymalne obroty. „Pani Małgorzato, mam pewne przeczucia, ale niestety nic pewnego, widzę Pani córkę na lotnisku, wsiadająca do samoloty, nie wiem dokąd leci…najważniejsze, że czuję ją jako żywa osobę, a to bardzo ważne. Pani Małgorzato, proszę pamiętać, że to są tylko moje przypuszczenia. Myślę, że powinniśmy pojechać na lotnisko do Gdańska – może tam na miejscu coś mnie olśni. Do Gdańska, takie mam przeczucie, zobaczymy na miejscu czy coś się potwierdzi, może Pani tam mnie zabrać?” – „Oczywiście, wszędzie gdzie tylko Pan zechce, jestem do Pana dyspozycji”.

Wróciliśmy do Gdańska, na lotnisku jasnowidz spędził ponad 2 godziny i stwierdził, że ma 99% pewności, Hania stąd gdzieś odleciała, nie była związana, wsiadała o własnych siłach, oczywiście mogła być jakoś zmuszona czy szantażowana…Powiedział, że na wszelki wypadek zabierze ze sobą jedno zdjęcie i koszulkę Hani, czasami po kilku dniach coś się pojawia, coś wraca i się wyjaśnia w zupełnie innym kierunku. Zgodziłam się i zapewniłam, że jeżeli będzie czegoś potrzebował przyjadę nawet w środku nocy. Pojechaliśmy do Człuchowa, jasnowidz pożegnał się i zapewnił, że postara się mi pomóc, poinformuje mnie jeżeli coś ustali.

W Gdańsku Kazik już na mnie czekał z kolacją, wcześniej długo rozmawiał z Panią Wiktorią. Powiedział, że ta rozmowa bardzo go wzmocniła, gospodyni opowiedziała mu o czasach wojny i wczesnego komunizmu. Powiedział, że jak ludzie się kochają i wzajemnie sobie pomagają, wspierają się, to można przetrwać wszystkie kłopoty, rozwiązać wszystkie problemy. Jeszcze raz opowiedział mi o banku, o dyrektorze za którego od teraz będziemy się zawsze modlić. Kazik powiedział, że w ramach podziękowania raz w tygodniu będzie zawoził dyrektorowi banku cały zestaw warzyw i owoców z naszego gospodarstwa! Jeżeli Kazik tak powiedział to znaczy, że tak będzie robił, wie gdzie dyrektor mieszka kiedyś coś wspólnie załatwiali w jego rodzinnej Ostródzie. Ja opowiedziałam o jasnowidzu…co niestety uśpiło mojego zmęczonego męża. Jutro, razem z kapitanem jesteśmy umówieniu na lotnisku w Gdańsku, zgodnie ze wskazówkami jasnowidza sprawdzimy nagrania monitoringu lotniska. Znowu odżyły nadzieje, że coś się wyjaśni, może znajdziemy jakiś trop, najważniejsze żeby zobaczyć Hanię jak cała i zdrowa wsiada do samoloty, zobaczymy kierunek podróży i ruszymy jej śladem…

cdn…

Dzień 8

„ZAGINIONA – DZIEŃ PO DNIU…”

Dziwne…przespaliśmy całą noc, dopiero budzik nas obudził o 8.00, tak twardy sen chyba ze strachu, może również nadzieja spowodowała taki wewnętrzny spokój. Marzę o tym żeby przytulić Hanię, dowiedzieć się co się stało, gdzie była, czy nie zrobili jej jakiejś krzywdy, a co dalej czy ma dalej studiować na AWF-ie? Jeżeli złapią tych bandytów to okey, ale jeżeli nie? Przecież za jakiś czas mogą to znowu powtórzyć…zniszczyć życie kolejnej rodzinie? Hania jest najważniejsza, musi wrócić i już, kłopoty materialne to drugi plan będziemy martwili się później…spojrzałam na Kazika i zauważyłam w jego oczach najpierw wielki strach, za chwilę nienawiść i wolę zemsty, ale bałam się zapytać. Powiedział, że musi się przewietrzyć, przebrał się w dres, sportowe buty i rzucił wychodząc „idę pobiegać po plaży, za godzinkę wracam, mam telefon jakby zadzwonili szybko wrócę”.

         Wiedziałam, że musi się od stresować tym biegiem, zawsze tak robił, również po pożarze kilka lat temu. Spłonęła nasza stodoła z zapasem siana na całą zimę, Kazik po całej akcji gaszenia pożaru, pobiegł, nie było go dwie godziny. Po powrocie, wziął prysznic, przebrał się i zabrał się do porządków. Ja płakałam przez dwa dni i nie potrafiłam się pozbierać. Ten mój mąż to super gość, inny by się złościł, krzyczał żeby mu pomagać, a on po pracy wracał do domu i proponował kawę i ciastko na deser…Pełen spokój, znał mnie bardzo dobrze, wiedział, że przeżywam to zupełnie inaczej, przeczekał chociaż było mu bardzo ciężko. Po tej mojej rozpaczy, chyba po trzech dniach, bardzo się ucieszył widząc, że wracam do „żywych” i pomagam przy porządkach. Nie daliśmy rady sami wszystkiego zrobić, trzeba było rozebrać pogorzelisko i wywieźć wszystko na wysypisko, dopiero po roku stanęła nowa stodoła. Była drewniana, teraz jest murowana, trochę większa i nowocześniejsza. W dniu pożaru myśleliśmy, że wszystko stracone, a Kazik jeszcze tego samego dnia zaczął naprawiać…Teraz też tak będzie, rodzinka w komplecie, a pracą wszystko co materialne odrobimy. Tak jak obiecał wrócił po godzinie, nie dzwonili, czekaliśmy do 13.00 i nic, postanowiliśmy poczekać, może nas sprawdzali czy nie kombinujemy z policją, a może coś się wydarzyło…nie, nie nic, przepraszam za te złe myśli! Kazik już ma dosyć, chce dzwonić na policje albo tam pojechać, mówi, że; „Hania potrzebuje pomocy, a on tu siedzi bezczynnie o 15.00 jadę na posterunek, nie przekonasz mnie, to czekanie już nie ma sensu !”

            Wreszcie o 14.45 telefon, to oni, pytają czy mamy całą kwotę, czy wszystko zgodnie z obietnicą? straszą, że jak zobaczą choć jednego policjanta to zrywają umowę…szybko potakuję : ” Tak mamy wszystkie pieniądze, policja nic nie wie, chcę rozmawiać z córką to jedyny warunek przekazania pieniędzy, muszę wiedzieć, że nic jej nie jest…” krzyknął, że mam się zamknąć i słuchać, na wszystko przyjdzie czas, teraz mamy wsiąść do samochody i jechać tam gdzie powiedzą, pokierują nas przez telefon, a na miejscu zobaczymy córkę. Oczywiście zgodziłam się i szybko z torbą pełną pieniędzy  wsiedliśmy do auta. Kazali jechać w kierunku Żukowo czyli ok. 10 km od Gdańska, tam kazali zatrzymać się na stacji benzynowej, po 10 minutach , mieliśmy wrócić na pierwsze rondo, potem na drugie i zawrócić w kierunku Kościerzyny. Nikogo nie zauważyliśmy, nie wiem skąd nas obserwowali, ale wiedzieli wszystko, nawet to, że na stacji skorzystałam z toalety…powiedzieli, że następnym razem mam to zrobić w lesie i tylko wtedy gdy pozwolą.

            Serce bije tak mocno, boję się jakiegoś zawału, strach jest coraz większy… Mąż kiedyś powiedział, że jeżeli ktoś, kiedyś skrzywdzi Hanię to zabije! I nie były to tylko takie tam słowa w przenośni, on by to zrobił naprawdę! Kocha ją, a wszystko co robi, robi dla niej. Dla Kazika liczy się tylko rodzina, jesteśmy dla niego wszystkim, celem jego życia. Wiem, że po uwolnieniu Hani, będzie ich ścigał, nie odpuści, narazili ją na niebezpieczeństwo, przestraszyli, powinni dostać nauczkę – Kazik wyznaje dewizę : sąd, sądem ale sprawiedliwość musi być, a kara powinna być nauczką na przyszłość, powinna być taka, żeby następnym razem przestępca zastanowił się pięć razy czy warto znowu tak oberwać !

             Po 15 minutach jazdy jest telefon i znowu z innego numeru, chyba boją się podsłuchu. Mamy zjechać na skrzyżowaniu w lesie na Szymbark i zatrzymać się, po ok. 100 metrach na parkingu po prawej stronie, przy wejściu na wieżę widokową na szczycie Wieżyca, potem iść ścieżką do wieży, wejść na górę  i czekać. Tak zrobiliśmy, jesteśmy na górze, czekamy już 25 minut. Jest telefon: „zostańcie na górze, torbę z pieniędzmi zrzućcie na dół, dopiero wtedy uwolnimy córkę” – ” najpierw muszę porozmawiać z córką, chcę wiedzieć, że nic jej nie jest, proszę tylko dwa słowa…” – ” mamo to ja ” – usłyszałam w  telefonie, jednak jakoś inaczej, nie mam pewności, że to Hania „nic Ci nie jest córeczko, jak Twoja rana na głowie już nie krwawi…?” na szybko wymyśliłam. Nie ma żadnej rany, ale oni o tym nie wiedzą. Ten głos to chyba nie Hania, musimy raz jeszcze ją usłyszeć, może w stresie brzmi inaczej, może jest zmęczona, może ją bili wtedy głos pewnie może się zmienić – musimy mieć pewność, że to ona. ” Co z ta kasą, rzućcie na dół, czekam!” – „proszę podać mi jeszcze raz córkę, niech jeszcze coś powie, musimy mieć pewność” – ” dobra ostatnia szansa” – ” mamo wszystko dobrze, rana już zagojona…dajcie im ta kasę, już nie mam siły…”. Spojrzeliśmy na siebie : to nie Hania, inny głos i nie było żadnej rany. Kazik, szybko wysypał pieniądze z torby, prosił żeby mu zaufać, rzucił pustą torbę, w momencie jak ktoś się zbliżył do wieży i skierował po torbę, Kazik ruszył w dół. Skakał po kilka stopni, jak szalony, w połowie drogi zabrał wcześniej zostawiony drewniany kij i pobiegł za tym gościem. Nagle na miejscu pojawiły się 4 policyjne radiowozy i policjanci z kilku stron również ruszyli w pościg. Kazik dopadł tego oszusta, zdążył mu całkiem sporo przyłożyć, na szczęście przybiegli policjanci i go odciągnęli, ale powinien długo pamiętać to spotkanie z mężem, stracił kilka zębów, złamane żebra i połamane ręce. Najlepsze, że nawet nie było mi go żal, jeszcze bym mu sama dołożyła.

           Okazało się, że było ich trzech, jeszcze dwóch złapała policja po dłuższym pościgu, była również dziewczyna, siostra jednego z „porywaczy”, która udawała Hanię. Dziewczyna czekała w samochodzie jednak uciekła widząc co się dzieje. Policja zapewnia, że złapanie jej to tylko kwestia czasu. Ci bandyci widzieli materiał w telewizji, mieli problemy finansowe i dlatego wpadli na taki szatański pomysł. Niestety niczego nie wiedzieli na temat Hani, nawet jej nigdy nie widzieli, przepraszają i proszę o wybaczenie. Nawet ten połamany wyraził skruchę, powiedział, że mu się należało i nie wnosi żadnej skargi…no tak, jeszcze tego brakowało, skargi niech się cieszy, że mąż za moimi plecami miał cały czas podsłuch policji – przecież tylko to go uratowało. Okazało się, że ci młodzi ludzie po 20-25 lat stracili w jakiś sposób kilka kilogramów narkotyków i teraz mają na głowie mafiosów – dlatego podjęli takie ryzyko, trudno wiedzieli co robią, teraz poniosą tego konsekwencje.

            Wracamy do Gdańska, dopiero po drodze dociera do nas , że wszystko zaczynamy od nowa. Jesteśmy dokładnie w punkcie  wyjścia, żadnej wiadomości o Hani. Na komisariacie przy ulicy Kaprów w Gdańsku Oliwie jesteśmy grubo po 20-stej. Oficer dyżurny prosi naszego nowego prowadzącego dochodzenie. Tym razem to kapitan, Pan Andrzej Dreszter, wita się z Kazikiem i dziękuję za współpracę. To właśnie z nim mój mąż był w ciągłym kontakcie, bieg był tylko przykrywką, Kazik umówił się w parku, w sprawdzonym przez policję miejscu szybko założyli mu podsłuch i mógł wracać do domu. Na moje pytanie dlaczego tak zrobił powiedział, że miał takie przeczucie, policja również coś podejrzewała, a może tylko przeczuwała – przecież nie było żadnych dowodów, że to była tylko ściema…Może jutro będzie lepszy dzień i przyniesie nowe wiadomości o Hani, mamy w planach zatrudnienie prywatnego detektywa, słyszałam również o jasnowidzu z Człuchowa któremu czasami udaje się kogoś odnaleźć…

cdn…

Dzień 4

„ZAGINIONA – DZIEŃ PO DNIU…”

Po tym bardzo pracowitym dniu nawet nie wiem kiedy wróciłam do mojego pokoju i zasnęłam, na stole stała już zimna herbata i tradycyjnie kromka chleba z serem. Pani Wiktoria przyniosła mi ten zestaw wieczorem ale już spałam, miała nadzieję, że się obudzę i zjem kolację. Rano jak zobaczyłam ten pakiet to pomyślałam, że jak w filmie – chyba : „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” Barei – kiedy jeden gość opowiada drugiemu jak ma zaplanowany dzień, chyba każdy to zna : „…śniadanie jem na kolacje, żeby rano nie tracić czasu…” – czy jakoś tak – wreszcie coś mnie rozbawiło. Od mojego przyjazdu do Gdańska żyję jakby obok, coś jak życie równoległe, jeżeli coś takiego istnieje, nic mnie nie cieszy, niczym się nie interesuję, nie mogę myśleć, ciężko się skupić. Wszystko co teraz mogę zrobić to modlitwa. Jestem katoliczką, praktykującą, więc to dla mnie naturalne, zwracam się do Boga tylko on mi został, przecież wyczerpałam już wszystkie możliwości. Moja babcia zawsze mówiła : „Jak coś zgubisz poproś Świętego Antoniego, pomódl się on Ci pomoże”. Tak właśnie zrobiłam, kiedyś wielokrotnie to się sprawdzało ale jak dotyczyło drobnych rzeczy, a teraz przecież chodzi o moją kochaną córeczkę.

Zeszłam na dół do Pani gospodyni, zobaczyła mnie i zbladła, musiałam okropnie wyglądać. Kazała mi usiąść i podała kawę plus kanapkę z szynką, której nie znoszę, powiedziała, że nie wypuści mnie z domu do czasu aż zjem i wypiję kawę.

– Pani Wiktorio, co mam robić? Przecież już zrobiłam wszystko co mogłam, wyczerpałam wszystkie możliwości, policja jej szuka, wszyscy znajomi wiedzą o zaginięciu, wczoraj rozwiesiliśmy tyle plakatów…

– A gazety, radio, telewizja!?

– Jeszcze internet, dodaje Jacek, wnuczek Pani Wiktorii – wstawimy zdjęcie na portale, poprosimy o udostępnianie, może akurat ktoś coś znajdzie, może ktoś napisze, że widział Pani córkę!

– Internet tak oczywiście, dziękuję, sama już dawno powinnam to zrobić ale inne media to pewnie jakieś wielkie koszty, niestety nie stać mnie, już teraz jesteśmy z mężem pod kreską. Studia córki, akademik, utrzymanie to wszystko tak dużo kosztuje ale dla dziecka wszystko. Mąż sprzeda auto, potem ciągnik aż ją znajdziemy!

– Spokojnie Pani Gosiu, znajdziemy dojście do kogoś kto zna kogoś, a ten jeszcze kogoś innego. Kiedyś mieszkał u nas taki reporter z Warszawy, przyjeżdżał na mecze piłkarskie dziennikarzy w Gdańsku, zabierał całą rodzinę, on grał, oni wypoczywali, a wieczorami zwiedzali Trójmiasto i okolice. Jacuś jak on się nazywa…nie Jabłoński ?

– Tak babciu, mam jego córkę wśród znajomych na FB, bardzo ładna, miła dziewczyna, poproszę ją o kontakt do ojca, na pewno pomoże!

Dostaliśmy telefon do redaktora, bardzo zainteresował się sprawą i zaproponował, że zrobi materiał, poprosi również kolegów z Pomorza żeby jak najmocniej nagłośnić zaginięcie. Właściwie cały dzień spędziłam na przekazywaniu różnych informacji dziennikarzom, przesłałam kilkanaście emaili ze zdjęciami i opisami Hani, wnuczek Pani Wiktorii pomagał mi z internetem, sam bym nie dała rady…

Niech ten dzień się jak najszybciej skończy, jutro możliwe, że się wszystko ruszy. Środki masowego przekazu zrobią swoje. Zasypiam z nadzieją na efektywne poszukiwania dzięki TV, ale również internet powinien pomóc…

Dzień 3

„ZAGINIONA – DZIEŃ PO DNIU…”

Rano po szybkiej kawie i kromce chleba z serem pojechałam na komisariat. Porucznik już na mnie czekał.

– Tak wiemy o nagraniu, potwierdza Pani, że to córka, tak na 100%?

– Tak na 100%, jej ruchy, ubranie, tak to moja Hania…!

– Super wreszcie coś mamy, proszę ze mną pojechać do biurowca obok akademika, córka musiała tamtędy przechodzić, czekałem na Panią żeby ewentualnie potwierdzić jeżeli znowu nie będzie widoczna twarz.

– Dziękuję, oczywiście!

Na miejscu porucznik poprosił ochronę o taśmę z tego piątku od godziny 22.15 – jednak sylwetka Hani pojawiła się dopiero o 22.33, szła i rozmawiała przez komórkę. Ciekawe, bo policja sprawdziła jej numer i okazało się, że od godziny 21.58 w piątek już nie używała komórki, nie było ani rozmów ani sms-ów, nie wchodziła również na FB czy inne portale i strony ze swojego komputera…To bardzo zaniepokoiło policję i oczywiście również mnie. Nic nie wiem o innym numerze telefonu, szybko obdzwoniłam wszystkich znajomych Hani i również nikt nie słyszał o jakimś innym numerze. Jest jeszcze gorzej niż wcześniej, kolejna tajemnica, wcześniej chłopak, teraz ten nieznany numer telefonu, co się dzieje, czy się w coś wplątała? Jakieś „interesy”, dziwne kontakty – nie to nie w jej stylu, zawsze była bardzo poukładana i uczciwa, to również potwierdzali jej znajomi. Muszę się uspokoić, pomyśleć, usunąć z głowy złe myśli, z tak pesymistycznym podejściem przecież jej nie pomogę…

– Pani Gosiu – tak mam na imię – Pani Gosiu – krzyczy wyraźnie zadowolony porucznik – jest ślad, wcześniej wysłałem moich podwładnych w trzy inne miejsca z monitoringiem w pobliżu akademika i na jednym z nich zauważyli na nagraniu chyba właśnie córkę jak wsiada do taksówki, jest widoczny numer więc go odszukamy, szybko proszę ze mną tam podejść to bardzo blisko, trzeba to potwierdzić.

– Tak to ona, potwierdzam!

Jednak mój entuzjazm szybko ostudził porucznik :

– Przykro mi ale sprawa jeszcze bardziej się komplikuje, ta taksówka została skradziona na 15 minut przed wejściem Pani córki do auta…samochód odnaleźliśmy następnego dnia w okolicach plaży w Gdańsku Brzeźnie gdzie akurat nie ma kamer i trop się urywa.

O Boże, co teraz, blisko morza, przecież mogło się wszystko zdarzyć, policja sprawdza cały monitoring w okolicach…teraz przypomniałam sobie co się stało wcześniej w tej samej okolicy : zabita dziewczyna przez swoją koleżankę, odnalezione martwe dziecko i jeszcze ta zaginiona Iwona która do dziś się nie odnalazła…nie! dosyć! – nie mam prawa tak myśleć! Muszę być silna i szukać, wszędzie i jeszcze mocniej! Teraz skorzystam z pomysłu Pani gospodyni i z pomocy jej rodziny oraz wszystkich chętnych. Mam zdjęcie Hani sprzed paru tygodni, syn Pani Wiktorii obiecał zrobić odbitki powiększone do formatu A4, rozwiesimy zdjęcia, może z jakąś nagrodą ale skonsultuję to jeszcze z policją. Podczas rozmowy z porucznikiem okazało się, że on również brał udział w poszukiwaniach zaginionej Iwony, nic nie mówił żebym nie myślała w kategoriach przegranej walki i braku efektów. Miał rację, bo teraz znając tamtą historię jestem naprawdę zdołowana. Przecież matka tej Iwony poszukuje jej do dzisiaj i żyje w ciągłej niepewności, straszne, bardzo jej współczuję i nie chcę nawet myśleć o podobnym wyniku…

Po kilku godzinach cała nadmorska okolica od Jelitkowa do Nowego Portu i w drugą stronę do Sopotu została oklejona plakatami ze zdjęciem Hani, a po konsultacjach z policją daliśmy również informację o nagrodzie za pomoc w odnalezieniu córki. Cały czas trzymam w ręku telefon z nadzieją, że za chwilę ktoś zadzwoni z dobrą informacją, a może sama Hania zobaczy, że to nie przelewki i trzeba się odezwać – oby tak to się skończyło – ” Mamo, spokojnie jestem tu i tu, nie martw się, za chwilę przyjadę…” – Boże, proszę żeby tak właśnie się stało!!!

cdn…

Dzień 2

„ZAGINIONA – DZIEŃ PO DNIU…”

2

Żeby chociaż trochę podziękować za nocleg i pomoc już o szóstej trzydzieści było gotowe śniadanie dla wszystkich…widziałam zdziwienie jak przyszli ale również zadowolenie, dzieci rzuciły, że może zostanę dłużej…ale Ania tylko spojrzała i już wiedziały, że powiedziały coś niestosownego, przecież im dłużej zostanę w Gdańsku tym dłużej nie odnajdę Hani i będzie większe zagrożenie dla niej. Po śniadaniu spakowałam rzeczy, pożegnaliśmy się i z dobrym słowem pojechałam do Jelitkowa.

Dostałam piękny, duży pokój, większy niż się umawialiśmy, z balkonem i widokiem na pobliski las, za nim już tylko woda, ponoć z najwyższego poziomu domu widać nawet morze, jednak obecnie jest on zajęty. Właśnie u góry mieszka rodzina z Ukrainy, bardzo mili ludzie, jak powiedziała starsza Pani, kulturalni – do końca roku wynajmują, bo mąż ma pozwolenie na pracę, tylko do 31 grudnia potem jeszcze nie wiedzą, co dalej. Mój pokój ma około 20 metrów kwadratowych i ten balkon, super, może kiedyś z mężem i Hanią przyjedziemy odpocząć, pospacerować nad morzem, wpaść na świeżą rybkę do Sopotu najlepiej do restauracji Rybnej na plaży, w której właściciel sam łowi ryby, są pyszne i w miarę tanie – Hania opowiadała, że była tam kiedyś z koleżankami ze studiów.

Już się rozpakowałam, teraz do dzieła, jadę na policję może już coś wiedzą, ale zapomnieli zadzwonić, przyjadę, zobaczą, że jestem i wezmą się do roboty.

– Dzień dobry Panie poruczniku, czy już coś wiadomo o mojej córce, ktoś coś widział, może udało się ustalić, gdzie była ostatnio?

– Niestety, jeszcze nic, czekam na informację od patrolu, który był w akademiku, jeżeli coś pokaże monitoring będziemy mieli jakiś trop, w sobotę już jej nikt nie widział, sprawdziliśmy nie ma jej na nagraniach, czekam na analizę z piątku.

– Kiedy będzie wiadomo, może pomogę w rozpoznawaniu z nagrania, poznam ruchy córki, nawet bez wyraźnej twarzy, przecież ważna jest każda chwila… Bardzo proszę Panie poruczniku, proszę zrozumieć i tak nie mogę myśleć o czym innym.

– To może proszę porozmawiać z jej znajomymi, ale tak twarzą w twarz, nie przez telefon, ludzie na żywo więcej mówią, może matce będą chcieli bardziej pomóc.

– Bardzo dziękuję, już jadę, jak czegoś się dowiem dam znać – mogę do Pana dzwonić na komórkę?

– Oczywiście, powodzenia i czekam na dobre wieści!

Wyskoczyłam z komisariatu jak z procy, pełna nadziei i werwy do działania. Dojeżdżam do akademika, szybko wbiegam do budynku, portier już mnie zna, słyszał o zaginięciu Hani, więc się nie czepia, nawet pomaga mi w wytypowaniu znajomych, z którymi Hania najczęściej wychodziła i tych z zewnątrz, którzy przychodzili, a których zna. Zapytałam o nowego chłopaka, czy go zna albo chociaż widział.

– Droga pani, znam jedynie jej byłego – wiem, że byłego ponieważ nie chciała, żebym go wpuszczał. Po zerwaniu jakiś czas przychodził i próbował się kontaktować. Ostatnio to z miesiąc temu, dzwonił przez nasz wewnętrzny telefon, ale córka nie chciała z nim rozmawiać. Był taki normalny, grzeczny i chyba mu zależało, szczegółów nie znam, nie słyszałem żeby się kłócili. Może on będzie chciał pomóc – mam nawet jego numer na komórkę, zostawiał dla Hani kilka razy, bo zmienił numer i miał nadzieję, że oddzwoni…

– Bardzo panu dziękuję, już do niego dzwonię!

– Dzień dobry panie Jacku, jestem matką Hanki, kiedyś się poznaliśmy, mam pana numer od portiera. Czy słyszał pan o mojej córce, że wszyscy jej szukają? Nie mamy żadnych informacji – może pan coś wie, może dzwoniła – każda informacja jest na wagę złota, proszę niech pan coś sobie przypomni.

– Dzień dobry, tak słyszałem o tym, niestety nic nie wiem, jednak chciałbym bardzo pomóc, a przy okazji odzyskać Hanię, dalej ją bardzo kocham chociaż zrobiłem wielki błąd i spotykałem się z dawną moją koleżanką z liceum. Hania dowiedziała się od koleżanki, która nas widziała i nie dała sobie wytłumaczyć, że to tylko koleżanka, że fajnie się nam rozmawia i nic więcej… Przepraszam nie powinienem się tyle razy z nią spotykać, a jak już, to Hania powinna się o tym dowiedzieć ode mnie, a nie od koleżanek.

– Jacku, miałam do ciebie mówić po imieniu, masz rację powinna wiedzieć od ciebie. Teraz najważniejsze jest jej odnalezienie, będzie czas na przeprosiny i tłumaczenie, jeżeli coś sobie przypomnisz, tu masz numer mojej komórki, dzwoń o każdej porze – a jeszcze zapomniałam zapytać, słyszałeś może o jej nowym znajomym, bo nikt nic o nim nie wie, a z kimś się spotykała?

– Wiem, że się spotykała, ale ponoć to nic poważnego, kiedyś powiedziała mi przez telefon i to była nasza ostatnia rozmowa, nic więcej.

Inni też w niczym mi nie pomogli, jak igła w stogu siana, nikt nic nie wie, nikt niczego nie widział. Właśnie ten monitoring… muszę wrócić do portiera może pozwoli mi zobaczyć te nagrania. Tak już nawet przygotował, policja niczego nie zauważyła, ale może mi się uda.

Oglądam już kilka godzin i nic, tylko widzę jej koleżanki, chyba wychodzą na jakąś imprezę, Hani nie ma z nimi, wcześniej mówiły, że nie poszła, miała inne plany i została w pokoju, Dopiero po 22:30 ktoś wychodzi, sam, ale jest już ciemno i nie można rozpoznać twarzy, po ruchach widzę, że to na sto procent Hania, krzyczę z radości, aż portier się przestraszył. To ona, to moja Hania, a mówiłam, że mi się uda, szybko muszę przekazać informację porucznikowi, niech podejmą działania, już wiemy, że wyszła z akademika o 22:30 w piątek jest wreszcie jakiś ślad, teraz pójdzie, jak po maśle. Zadzwonię do męża, żeby go trochę uspokoić. Rano mam przyjechać na komisariat.

Wróciłam do Jelitkowa już po 23-ciej, przeprosiłam gospodynię i poszłam do siebie, szybka kąpiel, gorąca herbatka i spać, pomyślałam, jednak nic z tego. Po powrocie z łazienki pani Wiktoria, tak ma na imię gospodyni, już czekała z gorącą herbatą z miodem i malinami : „Tak dla zdrowotności… i proszę mi powiedzieć, czy udało się Pani czegoś dowiedzieć?” Opowiedziałam, co się wydarzyło przez dzisiejszy dzień, a gospodyni widząc, że już mi się zamykają oczy ze zmęczenia pożegnała się i powiedziała, że jutro czekają na instrukcje, jak mogą pomóc w poszukiwaniach…

Dziękuję pani Wiktorio, całej pani rodzinie, na pewno skorzystam z oferty pomocy, jak tylko to będzie konieczne. Dobranoc i jeszcze raz dziękuję.

cdn…